19 lutego 2013

Cesarskie cięcie - moje doświadczenie.

O tym, że będę miała cesarskie cięcie dowiedziałam się dość szybko. W zasadzie do ostatniego dnia nie wiedziałam jak to wszystko będzie wyglądało. Oczywiście czytałam sporo o cesarce w Internecie, ale powiem szczerze, że po tych wszystkich forumowych opowieściach, wiedziałam jeszcze mniej i czułam się bardziej zdezorientowana. Musiałam przeżyć to na własnej skórze, by przekonać się, że cesarka nie jest aż tak straszna, jak ją opisują. Owszem, jest to operacja, czyli poważna ingerencja w organizm kobiety i może nieść ze sobą różne komplikacje.
Nie przygotowywałam się jakoś specjalnie do zabiegu. Do szpitala miałam zgłosić się tydzień przed planowanym terminem porodu. Najpierw miały być wszystkie badania, potem w jakiś dzień zabieg. Jednak moja Kruszyna w dzień zgłoszenia się do szpitala zechciała wyjść na świat :)
Ok. 4 nad ranem odszedł mi czop i zaczął delikatnie boleć mnie brzuch. Wykąpałam się, nic nie jadłam i dopakowałam moją torbę szpitalną do samego końca. Zgłosiłam się na porodówkę. Skurcze były niewielkie, więc kazano mi spokojnie odpoczywać. W międzyczasie pobrano mi krew do badań i założono wenflon. Oprócz mnie na porodówce była jeszcze jedna kobieta, więc położna zaglądała do mnie dość często. Po wizycie lekarskiej i kolejnym KTG (na którym zarejestrowano bardzo nieregularne i delikatne skurcze) lekarz odesłał mnie na oddział ginekologiczny. Ja wiedziałam, że to nie ma większego sensu, bo po prostu czułam, że to będzie ten dzień...
Na ginekologii podłączono mi kroplówkę z magnezem. Poleżałam na łóżku może jakieś 10-15 minut, po czym jakoś dziwnie się poczułam, a gdy wstałam odeszły mi wody... Zgłosiłam to szybko położnej i już na wózku zostałam z powrotem zawieziona na porodówkę. Tam czekałam na cesarkę, która przewidziana była na godzinę 14. Przed tym byłam badana co jakiś czas przez lekarza. Musiałam przebrać się w specjalną, szpitalną piżamkę, po czym założono mi cewnik (nic strasznego). Skurcze pojawiały się częściej i były coraz silniejsze.
Gdy sala operacyjna była gotowa, przygotowano mnie do znieczulenia. Samo wkłucie nic nie bolało (miałam dwa podejścia), ale ucisk palca lekarza, który wyczuwał odpowiednie miejsce zapamiętam na zawsze :)
Potem już nic nie czułam od pasa w dół. Byłam spokojna i pamiętam, że było mi zimno. W jednej chwili poczułam małe szarpnięcie i lekarz pokazał mi moją Kruszynę... Ten widok zapamiętam do końca życia! Jaka była maluśka i jaka cudowna!! Położne zabrały ją na chwilkę i przyniosły z powrotem, położyły na piersi na kilka minut. Była taka cieplutka, IDEALNA! Rączkami dotykała mojej twarzy. Uczucie nie do opisania!! Nie ma w życiu nic piękniejszego niż poczuć swoje dzieciątko, móc je dotknąć, ucałować... Achh.....!
Zszywanie trwało dla mnie w nieskończoność! Po wszystkim przewieziono mnie na salę. Strasznie się trzęsłam, gdy schodziło znieczulenie. Było mi też bardzo zimno, ale to ponoć tak jest. Nie mogłam podnosić głowy, co przychodziło mi z wielkim trudem. Położone przychodziły i zmieniały podkłady, kroplówki. Lekarze sprawdzali, czy macica się prawidłowo obkurcza. Obkurczanie macicy jest bolesne. Nie jest to jakiś straszny ból, ale do przyjemnych nie należy. Ja nie zauważałam różnicy, ale ból ten może nasilać się podczas karmienia piersią.
Wieczorem przynieśli nam maluszki. Jak ja nie umiałam doczekać się tego momentu... Nie myślałam już o niczym innym, tylko o mojej cudownej Kruszynce! Od razu przyssała się do piersi:) Zakochałam się w niej już od pierwszej chwili i nie mogłam oderwać od niej wzroku.
O 4 nad ranem następnego dnia - pionizowali mnie. Oj było ciężko i to bardzo. Rana boli i ciągnie, ale wstać trzeba. Po tym szybki prysznic i z powrotem do łóżka. Przed wizytami lekarskim Kruszyna była już ze mną. Później zabrano mi ją tylko do kąpieli i znów przywieziono. Leżałam sobie z nią razem w łóżku - przytulałam i patrzyłam na moje małe cudo! 
Po południu zdjęto mi cewnik, a taki był wygodny :) Od tej pory wstawałam coraz częściej. Im dłużej leżałam w łóżku, tym trudniej mi było wstać. Dlatego po cesarce na prawdę trzeba się ruszać.
Pierwsze dwie noce Malutka spędzała na oddziale noworodków. Kolejne noce miałam ją już cały czas przy sobie, aż do wyjścia ze szpitala :)
Szwy zdjęto mi w ostatni, szósty dzień. Rana pięknie się zagoiła. W domu raz dziennie przemywałam ją wacikami nasączonymi spirytusem i nosiłam majteczki z wyższym stanem, żeby nie podrażnić blizny. Dziś jest to dosłownie cieniutka niteczka, której praktycznie w ogóle nie widać. Dość szybko doszłam do siebie po całym zabiegu. Najważniejsze to szybko wstać na nogi. Mimo, że boli, trzeba się wziąć w garść. Potem, z każdym dniem, jest już tylko lepiej :)

6 komentarzy:

  1. Z opisu widzę, że opieka położnych była wyśmienita. U nas w Opolu pozostawia wiele do życzenia. Też miałam cesarkę. Dziwne uczucie, to szarpanie, rozciąganie i mega wielka zgaga kiedy wyciągano Wojtka. To był 36tc więc jako wcześniak ponoć nie mógł być położony mi na piersi. Od razu go zabrali do inkubatora do dogrzania. Widziałam go dosłownie przez kilka sekund - wieczorem również był ze mną. Do piersi niechętnie pomagali mi go przystawiać, a nie był dzieckiem, które od razu załapało o co biega.

    Sam oddział patologi na którym leżałam niemal miesiąc przed porodem to koszmar. Opieka pielęgniarek dobra, jednak lekarze i były (już) ordynator będzie mi się śnił jeszcze długo. Znieczulica i "czas" na wszystko. Na moich oczach działo się wiele niedobrych rzeczy.

    Pionizowanie najgorsze... ale po paru dniach śmigałam jak nowa. Jednak jak wróciłam do domu i weszłam po schodach na 4-te piętro u mnie w bloku to jak się położyłam tak już nie umiałam wstać. Teraz już nawet nie pamiętam, że byłam rozcięta w pół (zresztą drugi już raz..:( )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ponoć za drugim razem cesarkę gorzej się znosi, to prawda?
      Niemiłe masz wspomnienia... U nas też różnie było z pomocą jeśli chodzi o przystawianie do piersi. Choć w większości położne pomagały, to zawsze znajdzie się taka jedna, która popsuje wszystko...
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Z całego wydawania na świat dziecka najbardziej się boję porodu. Jakikolwiek by nie był, czy cesarkę czy naturalny mrozi mi krew w żyłach, tym bardziej że specjalnie odporna na ból to ja nie jestem. Moja mama zawsze mówi, że najlepiej jest rodzić pierwszy raz, bo nie wiesz tak naprawdę co cię czeka ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Chętnie bym się zamieniła i oddała swój sn a Twój :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż tak strasznie było?
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  4. porod to trudna chwila dla przyszlej mamy, bo jest strach o dziecko, o siebie (w sensie aby byc pozniej w stanie opiekowac sie malenstwem) a kazde rozwiazanie niesie ze soba rozne mozliwe powiklania, trzeba jednak zaufac lekarzom i losowi! ja mialam nadzieje ze bede rodzic sn a jednak skonczylo sie to na cc i trudno, tak mialo byc! ciesze sie ze dziecko jest zdrowe i ja tez mam sie dobrze! mialam bardzo dobrych lekarzy i polozne, oprocz dobrej opieki poradzili mi takze aby podaac dziecku FFbaby, czyli takie dodatkowe szczepy bakterii, specjalnie dla noworodkow, to wlasnie tych bakterii brakuje dzieciom z cc, bo nie przechodza przez kanal rodny mamy, a te bakterie sa wazna, zarowno dla pracy ukladu pokarmowego, jak i odpornosciowego! dlatego posluchalam ich rady i stosowalam je przez 6 tygodni, teraz dziecko nie ma problemow zdrowotnych z brzuszkiem oraz z odpornoscia! mysle ze zawdzieczam to tej kuracji

    OdpowiedzUsuń